piątek, 25 maja 2018

Michael Ende – „Nie kończąca się historia”




Prawie wszyscy znamy ekranizację tej powieści, ale mało kto sięgnął po książkę. A książka jest inna niż film, mądrzejsza, bogatsza, trochę smutna, trochę straszna, ale poruszająca i głęboka.
Jak pamiętacie głównym bohaterem jest Bastian, w książce gruby, niedorajda i pośmiewisko klasowe, żaden tam typ bohatera. Chłopiec kradnie z antykwariatu księgę oprawioną w jedwab z dwoma splecionymi wężami na okładce. Zaszywa się z nią na strychu szkoły i porywa go świat wyobraźni. To co się dzieje potem jest marzeniem wielu samotnych dzieci.Przeżywa wewnątrz Fantazjany- krainy fantazji niecodzienne przygody. Odwiedza trudne do opowiedzenia tereny, zaprzyjaźnia się z istotami nie do pojęcia.
Treść filmu odbiega od książki i zawiera zaledwie malutki fragment jej fabuły, nieco ją przekłamując.Książka ma 473 strony i film ma się do niej jak wąski plasterek do piętrowego tortu. 
To jest powieść o dojrzewaniu, o samoprzemianie, o dorastaniu do bycia sobą, o przekraczaniu własnych granic, o szukaniu tożsamości i tego co naprawdę ważne. Podróże i przygody Bastiana są metaforą mitycznej podróżny bohatera. Pod tym względem to książka inicjacyjna i istotna. Trzeba jednak umieć ją czytać. Potrzebne jest otwarte serce, na ten czas trzeba schować analityczny umysł, ocenianie stylu autora itd.
Zachwyciły mnie opisy Fantazjany, wiele tajemniczych miejsc, których nie ma na filmie ( srebrne miasto Amarganath na środku fioletowego jeziora łez, Pustynia Barw…). Opisuje losy Bastiana już po ocaleniu tej krainy nie pojawiające się na ekranie. Właściwie można powiedzieć, że książka toczy się przede wszystkim po wydarzeniach, które kończą film. Dlatego bardzo ciepło polecam ją wszystkim sympatykom filmu.
W Polsce było kilka wydań tej powieści dla dzieci i młodzieży ( ale i dorośli mogą ją czytać z pożytkiem i bez poczucia nudy), pierwsze, przepiękne z ilustracjami Antoniego Boratyńskiego ukazało się jeszcze nim film wszedł do kin. Jestem szczęśliwą posiadaczką tego wydania, obecnie bardzo rzadko spotykanego.
Autor „Nie kończącej się historii” Michel Ende napisał wiele książek dla dzieci i wszystkie mają parę wspólnych cech- nadzwyczajne bogactwo świata, w którym się dzieją, opisane iście malarskim stylem i głęboką mądrość, ukrytą gdzieś między wierszami, nienachalną i pozbawioną dydaktycznej goryczki.
Do jednych z moich ulubionych książek tego autora należy książka”Momo”, którą również gorąco polecam. „Nie kończąca się historię” czytałam mojemu dziesięcioletniemu synowi i dużo rozmawialiśmy o niej, to jedna z takich lektur, która pozostaje w młodym człowieku na zawsze, odciska znak Aurynu w jego sercu, pozostawiając świadomość, że świat ludzi ( świat realny) jest spleciony ze światem fantazji i czasami drogi do zrozumienia siebie i swoich problemów znajdują się w rzadko uczęszczanych zakątkach wyobraźni.
Polecam z całego serca!



czwartek, 24 maja 2018

„Ciemno, prawie noc” Joanna Bator


„Trupa zeżarli. Czasem tak bywa w kraju nad Wisłą” Sama nie wiem jak to się stało, że sięgnęłam po tę książkę. Może pchnęła mnie ku niej moja potrzeba czytania współczesnych polskich pisarzy, zwłaszcza tych, którzy zyskali uznanie. Ta książka otrzymała nagrodę Nike w 2013 roku. To pokaźna powieść - ponad pięćset stron. Do tego główny wątek jest kryminalny. Przyznam, że niechętnie czytam kryminały…a już zupełnie nie czytam thrillerów. „Dosyć ma dzień swojej biedy” jak mówił Jezus, a ja nie szukam książek generujące strach i stres. Mimo to tę przeczytałam. Dziennikarka z Warszawy przyjeżdża do Wałbrzycha by napisać reportaż o ginięciu dzieci. Alicja Tabor, bo tak się nazywa główna bohaterka, pochodzi z miasta, do którego wyrusza. Jej powrót to nie tylko praca, to zmierzenie się z trudną przeszłością swoją i nieżyjącego rodziny. Nie chcę zdradzać fabuły, bo wyjątkowo tego nie znoszę w recenzjach. To książka drzewo, ma konstrukcję kasetkową. Taka konstrukcja to spore wyzwanie dla autora, a dla czytelnika istna uczta opowieści. Jedna otwiera kolejne, główna bohaterka zbiera opowieści, jak ślady, próbując na ich podstawie zrozumieć prawdę o tym, co się dzieje w Wałbrzychu. Książka Joanny Bator to dżungla opowieści, przerażających, gorzkich, okrutnych. Autorka pisze sprawnie, obnażając wszystkie ludzkie słabości, zaglądając w podświadomość bohaterów, wywlekając ich najbardziej plugawe pragnienia i brudne sprawy, smutne stare historie. Trudno wprost opisać ile potworności i krzywd mieści w sobie „Ciemno, prawie noc”. Znakomita książka, ale jest w niej tyle ludzkiej polskiej ciemnoty, tyle najgorszych wynaturzeń, że nie łatwo mi to było czytać. Wciąż powracający motyw okrutnego seksualnego znęcania się nad dziećmi, prawie wszystkie dzieci ( oprócz Alicji) doświadczają męki z rąk pedofilów i ludzkich potworów ( Kotojadów) . Osobiście uważam, że autorka nieco przesadziła z ilością tych molestowanych i maltretowanych dzieci. Nie potrzebna była taka eskalacja. Motywem, który bardzo mi się spodobał jest nieformalna organizacja Kociar - pań opiekujących się kotami, które mają tajemne kryjówki i szczególne umiejętności. I Kotojady, jako określenie osób będących we władaniu ciemnych mocy umysłu, nie znających żadnych świętości, znajdujących zadowolenie w krzywdzeniu bezbronnych. Trudno mi pisać o tej książce. Tytuł znakomicie oddaje atmosferę książki, to noc w każdym człowieku, historia o ludziach potworach, nie tylko tych którzy wykorzystują dla swojej chuci dzieci, ale także tych zwyczajnych, emerytowanych nauczycielek, mam z dziećmi i reklamówkami, ludziom którzy dają się się manipulować oszustom, poprzez idee i religie. „Dlaczego Kotojady wyglądają tak jak my? Bo oni są tacy jak my.” (…) „Nic nie rozumieliśmy (…) ale to czego nie rozumieliśmy okazało się jeszcze gorsze.” To powieść o oceanie plugawości, który drzemie w każdym. Straszna, wstrząsająca. Znakomicie napisana, pełna fantazji ( bo element wyobraźni i nadzwyczajnych okoliczności) jest ważnym elementem koloryzującym tą dżunglę opowieści. Gorąco polecam, ale z zastrzeżeniem, że to nie jest książka dla bardzo delikatnych. Powstaje film polski na podstawie tej książki, choć trudno mi sobie wyobrazić, że bogactwo i wielowymiarowość tej książki mogłaby zostać zamknięta w jakimkolwiek obrazie.

piątek, 18 maja 2018

Jerzy Ficowski – „Demony cudzego strachu”




Książka „Demony cudzego strachu” to opowieści o cygańskich przygodach autora, o jego niezwykłych znajomych, którzy pomogli mu zbliżyć się do hermetycznej społeczności romskiej. To nie jest powieść beletrystyczna, raczej garść opowiadań, każde poświęcone innej osobie czy zdarzeniu. Ficowski jest lepszym poetą niż prozaikiem zatem nie mogę napisać, że znakomicie napisana, ale przecież tu nie chodziło o formę tylko treść! Momentami ciężko mi się to czytało.
Książka wydana w 1984 roku, jeszcze za życia Bronisławy Wajs ( Papuszy). Dla sympatyków i pasjonatów tematyki romskiej ta lektura na pewno będzie inspirującym źródłem wiedzy, dowcipna, pisana z pewnym dystansem, ale i znajomością tematu, bowiem Jerzy Ficowski wiele długich lat jeździł z taborami cygańskimi i wiódł życie Cygana. Książka zawiera wiele opowieści, mnie szczególnie spodobała się to dotycząca słowa Morkosz - słowa, którego użył w swoim wierszu (jeszcze przedwojennym) Gałczyński, a który rzekomo miał po cygańsku znaczyć miłość. Ficowski prowadzi prawdziwe lingwistyczno - historyczne śledztwo w tej sprawie, bo w żadnym znanym mu języku ani dialekcie Cyganów nie ma takiego słowa. Wynik owej detektywistycznej sprawy jest zaskakujący i zabawny.
„Demony cudzego strachu” pokazują nie tylko życie Cyganów, jakim poznał je Ficowski, ale też nastawienie polskiego społeczeństwa do narodu włóczęgów. Ta książka to też świetne źródło historyczne, autor opisuje w niej nieistniejące już zwyczaje społeczne, wierzenia, zabawy, obyczaje pogrzebowe a wszystko to czyni przez pryzmat historii ludzi, których znał. To nie jest książka o Papuszy, ale o świecie z którego się wywodziła, o jego przemianach powojennych, o rodach, zależnościach, kodeksie etycznym. Opisuje konkretne sprawy, konkretne problemy, z którymi autor się zetknął. A czasy, w których żył były ciekawe, przyjemnie bowiem było wymieniać korespondencję z Julianem Tuwimem i umówić się na herbatę z Gałczyńskim, przyjemnie czuć wiatr we włosach pędząc na koniu z cygańskim taborem przez lasy. Zachęcam do lektury pasjonatów tematu!

Jadą wozy kolorowe taborami
jadą wozy kolorowe wieczorami
może z liści spadających im powróży
wiatr cygański wierny kompan ich podróży
zanim ślady wasze mgła mi pozasnuwa
odpowiedzcie mi Cyganie jak tam u was jest

U nas wiele i niewiele bo w sam raz
u nas czerwień, u nas zieleń, cieni blask
u nas błękit, u nas fiolet, u nas dole i niedole
ale zawsze kolorowo jest wśród nas

Jada wozy kolorowe taborami
ej, Cyganie, tak bym chciała jechać z wami
będę sobie mieszkać kątem przy muzyce
będę słuchać opowieści starych skrzypiec
ciepłym wiatrem wam podszyję stare płótno
co mi dacie, żeby już nie było smutno mi?

Damy wiele i niewiele bo w sam raz
damy czerwień, damy zieleń, cieni blask
damy błękit, damy fiolet, damy dole i niedole
ale będzie kolorowo pośród nas


No i pojechałam z nimi na kraj świata
wiatr warkocze mi rozplatał i zaplatał
i zbierałam dzikie trefle, leśne piki
i bywałam gdzie rodziły się muzyki
i odwiedzam z Cyganami chmurne kraje
i kolory szarym ludziom darmo daje dziś

Weźcie wiele i niewiele bo w sam raz
komu czerwień, komu zieleń, cieni blask
komu fiolet, komu błękit, komu echo tej piosenki
nim odjedzie z Cyganami w czarny las”
( tekst piosenki Jerzy Ficowski)

Weronika Gogola - „Po trochu”



Lektura tej książki była dla mnie szczególna, osobista. Mimo, że od autorki dzieli mnie więcej niż pokolenie, tak się składa, że i ja, podobnie jak ona, wychowywałam się w niewielkiej małopolskiej miejscowości, ludzie tam mówili podobnie i panowały podobne zwyczaje. Dom, w którym rosłam był wielopokoleniowy i o każdej z moich ciotek i wujków mogłabym opowiadać długo. Zacznę od początku. Książkę „ Po trochu” autorka podzieliła na dwanaście godzin ( rozdziałów) będących nawiązaniem do pieśni żałobnej, którą przytacza w przedsłowiu. Dobrze znam tę pieśń. Na pogrzebie mojego dziadka Klimka w 1992 roku śpiewak ludowy z Kasiny Wielkiej śpiewał ją przez całą drogę z domu na cmentarz swoim mocnym niskim głosem. ( To była bardziej rozbudowana wersja niż ta cytowana poniżej)

Żegnam cię, mój świecie wesoły, Już idę w śmiertelne popioły; Rwie się życia przędza, śmierć mnie w grób zapędza, Bije pierwsza godzina.
Żegnam was, rodzice kochani, Znajomi, krewni i poddani: Za łaskę dziękuję, z opieki kwituję, Bije druga godzina.
Żegnam was, mili przyjaciele, Mnie pod głaz czas grobowy ściele: Już śmiertelne oczy sen wieczny zamroczy, Bije trzecia godzina.
Żegnam was, królowie, książęta, Cieszcie się w swém szczęściu, panięta: Już służyć nie mogę, wybieram się w drogę, Bije czwarta godzina.
Żegnam was, mitry i korony, Czekajcie swoich rządców, trony: Ja w progi grobowe zniżać muszę głowę, Bije piąta godzina.
Żegnam was, pozostali słudzy, Tak moi, jako téż i drudzy: Idę w śmierci ślady, bez waszéj parady, Bije szósta godzina.
Żegnam was, przepyszne pokoje, Już w wasze nie wnijdę podwoje: Już czas méj żałobie dał gabinet w grobie, Bije siódma godzina...”

Debiut młodej pisarki Weroniki Gogały przywiódł mi na myśl nie tylko rodzinne strony, doświadczenia dziewczęce ( przez większą część książki narratorką jest dziewczynka- autorka), ale najlepsze literackie wzorce takie jak Marquez, Myśliwski, Pavel...wszyscy oni piszą pięknie, autentycznie, prosto - nie tracąc głębi swoich refleksji - o małych społecznościach, o wsiach, o rodzinie, rodach. Piszą o sobie, o ludziach których znali. Ich tworzywem jest samo życie.

To książka o życiu i śmierci, może nawet bardziej o śmierci, bo jest ona nieproszoną główną bohaterką, o czym świadczy ostatni rozdział ( dwunasta godzina). To całkiem pusty rozdział - znakomite zakończenie - które dla mnie znaczyło: Przyszłość jest niewiadomą, a niewiadoma prowadzi do śmierci. Ten dwunasty rozdział wydał mi się milczeniem nad tym, co nieuniknione i dotyczy każdego z nas.
To świetnie napisana, momentami zabawna opowieść dziejąca się w latach dziewięćdziesiątych, potem współcześnie, autorka nazywa bohaterkę swoim imieniem i nazwiskiem - wnioskuję zatem, że inspiracją dla niej była autobiografia. Pisze o trudnych tematach z naturalnością i lekkością, którą mają dzieci.
Po trochu” jest w tym roku nominowane do nagrody NIKE i serdecznie życzę Weronice Gogoli otrzymania tej nagrody, w pełni na nią zasłużyła.
Gorąco polecam!

poniedziałek, 14 maja 2018

Olga Tokarczuk „Opowiadania bizarne”




Najnowsza książka Olgi Tokarczuk zachwyciła mnie, potrzebowałam takiej ożywczej literatury, która wzrusza, zaciekawia, budzi refleksje, przez którą nie brnie się jak przez dżunglę i która nie pozostawia w rozgoryczeniu. Uważam Tokarczuk za najlepszą współczesną polską pisarkę. W opowiadaniach widoczne są jej pasje, przeciwstawianie cywilizacji naturze, szukanie własnej tożsamości nie tylko jako człowiek, ale jako istota żywa. „Opowiadania bizarne” czyta się szybko i myśli się o nim długo po zamknięciu książki.
Napisane jak zwykle wprawnie, pełne ukrytych znaczeń, wyłaniających się spomiędzy wierszy. Większość opowiadań to historie dziejące się w bliżej niesprecyzowanej przyszłość, ich fabuły są zbudowane na obawach autorki, jej wizjach, czasami przypominały mi cykl „Hyperion” Dana Simmonsa, ale raczej ze względu na opisywaną futurystyczną rzeczywistość niż na samą treść.
Nawet pojawiła się we mnie sugestia dla autorki, by spróbowała napisać powieść dziejącą się za kilkaset lat? Fantastyka czeka na Olgę Tokarczuk, jestem pewna, że tak jak znakomicie radziła sobie z przeszłością, tak jej wyobraźnia jak prom kosmiczny zabrała by nas do zakamarków przyszłości.
Najbardziej przypadły mi do gustu dwa opowiadania. Pierwsze „Zielone dzieci” dzieje się w siedemnastowiecznej Polsce a jej bohaterem jest obcokrajowiec, lekarz królewski, który próbuje się odnaleźć w szlacheckim świecie zaścianków uwięziony przez kontuzję nogi na jakieś zapadłej wsi. Przez chwilę poczułam się jak w „Księgach Jakubowych”, ale to był tylko moment, bo autorka zgrabnie wyprowadziła mnie w las. Nie chcę zdradzać treści, ale to opowiadanie przywodzi mi na myśl jeszcze jedną książkę - „Uranię” Le Clezio, wyrażoną słowami tęsknotę za doskonałym miejscem, gdzie świadome istoty żyją wspólnie w harmonii.
Drugie ważne dla mnie opowiadanie z tego tomu to „Transfugium”- majstersztyk, napisane jak dobry wiersz. Początkowo mami niepokojem, odwodzi naszą uwagę uczuciami bohaterki, by wreszcie wstrząsnąć, wzruszyć puentą.
Gorąco polecam „Opowiadania bizarne”, czytanie ich było dla mnie doświadczeniem wielozmysłowym, totalnym - a tego właśnie szukam w sztuce.

środa, 9 maja 2018

Angela Carter – Magiczny sklep z zabawkami


To naprawdę urocza książka dla młodych dziewcząt, rzecz w tym, że ja jestem na nią już zbyt cyniczna. Autorka pisze obrazowo, bogato, buduje atmosferę i wciąga czytelnika w świat Melanii - głównej bohaterki. Momentami czułam się jakbym czytała „Anię z Zielonego Wzgórza”, a momentami „Małą księżniczkę”, akcja niespieszna, taka jak lubię. Bohaterowie młodzi, tragiczni, tak jak lubię. Styl autorki piękny, bizantyjski bogactwem wizji, też to lubię.
Co więc było nie tak?
Może znacie takie książki gdzie czytając myślicie: „O! Za chwilę się zacznie!”? Myślałam tak, przez całe 248 stron, rzecz w tym, że się nic nie zaczęło.
Mam ambiwalentne uczucia co do tej książki - w zasadzie mi się podobała, ale jest jak wydmuszka, bardzo ładna ale pusta. Nie znalazłam w niej nic dla siebie, tylko bardzo dobrze technicznie namalowany obraz. To dla mnie za mało.
Tematem książki jest życie trójki dzieci, wychowanych w komforcie, które po śmierci rodziców trafiają do nieznanego wuja – twórcy precyzyjnych staroświeckich zabawek. Dom wuja to schronienie także dla osieroconych młodzieńców z Irlandii, braci ciotki. Panują tam surowe zasady i mroczna atmosfera. Możemy obserwować, jak dorastające dzieci tracą poczucie bezpieczeństwa, niewinność, grunt pod nogami. Wuj jest psychopatą terroryzującym cały swój mały świat. Bardzo ciekawie, realistycznie nakreślone postacie, polubiłam je serdecznie, trzeba przyznać autorka umie budować napięcie, ale mam wrażenie, że nie wie potem co z tym napięciem zrobić. Obiektywnie to dobra książka, zwłaszcza jako antidotum dla układu nerwowego po przeczytanych sześciu thrillerach, ale mnie nie zaciekawiła. Zostawiła mnie z pytaniem: Co się stało z Jonatanem? ( brat głównej bohaterki).
Czy polecam? Sama nie wiem.

sobota, 5 maja 2018

„Mężczyźni bez kobiet” – Haruki Murakami




Siedem opowiadań znajdujących się w tomie „Mężczyźni bez kobiet” jest jak wykwintna przekąska. Czyta się lekko, przyjemnie, pozostawia po sobie wiele smaku, wrażeń, przemyśleń. Uważam autora za pisarza, który dobrze odnajduje się w krótszych formach. Tym razem tematem opowieści są kobiety, ale nie jako bohaterki, ale raczej kontekst życiowy mężczyzny, jako treść, która czasem się wymyka, a czasem pozostaje jedynie wyobrażeniem, marzeniem. Historie bohaterów są ciekawe, różnorodne, mówią o mężczyznach w różnym wieku i z odmiennym bagażem doświadczeń. Szczególnie ujęły mnie trzy spośród tych opowieści, choć wszystkie zasługują na uznanie.

Pierwsza, o której chcę wspomnieć - „Niezależny organ”, mówi o chirurgu plastycznym, człowieku wolnym z wyboru, całe życie wiodącym żywot hedonisty, stroniącym od zobowiązań i odpowiedzialności związanych z poważnym związkiem z kobietą, który nieoczekiwanie się zakochuje na stare lata. Brzmi banalnie? Może komuś przypomniała się krótka powieść Marqueza „Rzecz o moich smutnych dziwkach”? Nic z tych rzeczy. U Murakamiego nie ma banału, podobnie jak Marquez dowodzi swojego kunsztu pisarskiego, podejmując zwykłe tematy w niezwykły sposób, nie szukając wydumanej oryginalności, ale zagłębiając się w nie, tak, że stają się czymś między impresją zmysłowości a filozoficzną zagadką.

Druga opowieść- „Szecheryzada”, która bardzo mi się podobała, to historia przedziwnej relacji kobiety, której imienia nawet nie poznajemy i jej podopiecznego i kochanka, a jednocześnie słuchacza. Mowa o współczesnej japońskiej Szecheryzadzie, która obdarza opowieściami, swoim ciałem i opieką samotnego mężczyznę, ale jak to bywa w baśniach warunki tej relacji, jej przebieg i zakończenie zasnuwa tajemnica, której nie umieją objąć wyobrażeniem nawet sami bohaterowie.

Szczególnie uwiodła mnie też niepozorna historia zatytułowana „Kino”- o losach pewnego właściciela baru, ocierająca się o magię, zawierająca w sobie kilka przeniesionych na współczesny grunt postaci bogiń z panteonu japońskiego, głęboko symboliczna i piękna.

To książka którą warto przeczytać z wielu powodów, czy ktoś lubi czy nie lubi autora znajdzie tam wiele literackich smaczków, sporą dawkę refleksji nad życiem i relacjami damsko - męskimi. Murakami pisze o tym bez patosu, idealizacji, prosto, pięknie i czytelnie. Gorąco polecam!

środa, 2 maja 2018

Jose Carlos Somoza - „Tetrameron




Z twórczością tego hiszpańskiego pisarza urodzonego na Kubie zetknęłam się po raz pierwszy. Jak doczytałam po zakończeniu lektury ten płodny autor, zaledwie dziesięć lat ode mnie starszy, doczekał się wydania wielu książek w Polsce. Między innymi ukazały się: „Przynęta”, „Klucz do otchłani”, „Zygzak”, „Szczegół. Trzy krótkie opowieści”, „Szkatułka z kości słoniowej”.
„Tetrameron to książka, która mnie zdziwiła. Na początku myślałam, że mi się nie podoba, byłam zagubiona, nawet zażenowana, potem, miałam poczucie, że nic nie rozumiem, a pod koniec zaczęłam się dobrze bawić i ostatecznie przyznam, że czasu spędzonego z nią nie uważam za zmarnowany. Książka jest niepozorna, raptem 241 stron, napisana przejrzyście, momentami przywodziła mi na myśl andaluzyjskie koronki.

To nie jest książka do rozumienia. Ona jest jak dziwaczny długi sen, połączony z innymi snami. Pod względem kasetkowej konstrukcji przypominała moje „Drzewo opowieści”, choć traktuje o czymś całkiem innym, to jednak podobnie jak w książce mojego autorstwa, treścią książki są same opowieści. Główną bohaterką nie wydaje się wcale dwunastoletnia uczennica Soledad ( Samotność), która uciekła z wycieczki, ale sam Tetrameron- magiczna, zwariowana grupa czworga wiecznych gawędziarzy. A może bohaterami są same opowieści? Jeśli można mówić o akcji przy tak dziwnej formie to trzeba przyznać, że toczy się sennie, cały czas dając czytającemu poczucie poruszania się we śnie, gdzie granice między realnością a fantasmagorią są zatarte. Ta powieść to w zasadzie wiele opowieści, spiętych fabularną klamrą. Podoba mi się wrażenie, że opowieść toczy się sama a autor dopiero jej doświadcza litera po literze, jak czytelnik, że historia powstaje w trakcie czytania. To książka dla miłośników surrealizmu, obdarzonych zamiłowaniem do badania snów i tropieniem śladów, także tych wiodących w nieznane a nawet do nikąd.
Jako podsumowanie lub zachęta cytat, który oddaje ducha „Tetrameronu”:

„Wyobraź sobie, że przemierzasz labirynt, który sama tworzysz wędrując. Jeżeli nie postąpisz naprzód, nigdy nie znajdziesz wyjścia, bo nie będzie ono istniało. Jeżeli się cofniesz, wszystko to, co stworzyłeś zmieni się w przeszkodę. A jeżeli wreszcie znajdziesz wyjście, jaka to będzie satysfakcja- skoro wiesz, że sama stanowiłaś tę drogę.”

środa, 25 kwietnia 2018

Mika Waltari – „Egipcjanin Sinuhe”




„Dlatego człowieka należy oceniać tylko według jego serca, a wszystkie serca ludzkie mają taka samą wartość...”

Dwa tomy = 31 godzin audiobooka, kilka ostatnich dni spędziłam w Starożytnym Egipcie i krajach ościennych, jakieś półtora tysiąca lat przed naszą erą. To wspaniała opowieść, nawiązująca do najlepszych epickich tradycji, historia człowieka, który przeżył życie tak jak chciał, popełnił wiele błędów i odniósł kilka sukcesów jakie nie były dane nikomu za jego czasów. Był zwyczajnym chłopcem, przybranym synem lekarza w dzielnicy biedoty. Z tego społecznego dołu wzniósł się najwyżej jak mógł zyskując tytuł królewskiego trepanatora i lekarza faraona. Ale Sinuhe był kimś więcej niż lekarzem, był poszukiwaczem wiedzy i człowiekiem, który starał się rozumieć swoje czasy, religię i politykę. Dlatego książka fińskiego pisarza jest ponadczasowa, opisy rewolucji w Egipcie, związanej z wielką herezja Echnatona, losy ludzi stawiających ponad wszystko idee i płacących za tę wiarę swoim życiem lub życiem najbliższych, mogły by być opisem zdarzeń z czasów rewolucji francuskiej, czy październikowej, gdyby tylko zmienić scenografie.

Słuchałam tę książkę na audiobooku, więc moje wrażenia były tym większe, czasami czułam się jakbym brała udział w intrygach, wojnach, wyprawach, które opisuje Waltari. Sam Sinuhe nie wydaje się być typowym heroicznym bohaterem, choć takich też nie brakuje w tej książce, jest on typem filozofa, dzięki któremu poznajemy poglądy autora i ducha czasów.
Książka „Egipcjanin Sinuhe” ukazała się w 1945 roku i autor pisał ją w czasie wojny, choć opowieść toczy się w odległych czasach czytając miałam wrażenie, że w każdej epoce ludzie ulegają podobnym namiętnością i zatracają się w pogoni za władzą, albo utopijnymi ideami. Gubią się i plączą szukając tego co naprawdę ważne, a co każdy rozumie inaczej.
Historia faraona Echnatona, któremu służył Sinuhe, a który był szalonym religijnym wizjonerem i stworzył swoje miasto - Utopię – Achetaton, nie zważając na świat zewnętrzny i jego knowania; kojarzą mi się z motywem z książki Jose Donoso „Plugawy ptak nocy”. Z owym utopijnym pałacem i ogrodami, oddzielonymi od świata zewnętrznego, gdzie kaleki dziedzic otoczony był podobnymi do niego, aby nie doświadczać żadnej przykrości ani dysonansu.

Mika Waltari nie tylko znakomicie maluje społeczne nastroje, przewroty polityczne, udaje mu się przedstawiać bohaterów ciekawie, pokazując ich przemiany, ich upadek. Człowiek jest w „Egipcjaninie Sinuhe” tylko człowiekiem, nawet ci najlepsi mają w sobie zdolność do czynienia zła, zadawania śmierci. Nie ma białych i czarnych, jest cała skala koloru.
Mogę sobie wyobrazić, że ktoś uzna tę książkę za archaiczną i nudną, napisaną przestarzałym sposobem, ale dla mnie to naprawdę piękna opowieść. Jeśli jeszcze dodatkowo fascynuje was starożytny Egipt kresu Nowego Państwa poczujecie się wspaniale wewnątrz świata Egipcjanina Sinuhe. Ja po skończeniu słuchania od razu kupiłam papierową książkę, by móc do niej wracać.
Gorąco polecam!

czwartek, 19 kwietnia 2018

Aglaja Veteranyi „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze”




Książkę Aglaji Veteranyi „Dlaczego dziecko gotuje się w mamałydze” czytałam jakiś czas temu, ale teraz poczułam potrzebę, by o niej opowiedzieć. Autorka jest Rumunką, młoda, z nadzwyczaj bogatym doświadczeniem życiowy, doświadczeniem dość tragicznym. Książka opowiada właściwie o jej życiu. Wychowała się jako dziecko artystów cyrkowych - mama była akrobatka, a tato klaunem. Świat cyrku widziany oczami dziecka, to przerażająca tragikomedia. Od razu przywołuje to na myśl film Kusturicy „Biały kot, czarny kot”, życie w biedzie, blichtr na pokaz, marzenia o bogactwie, pijaństwo, czasami okrucieństwo ubierane w różne maski.

Rodzice głównej bohaterki decydują się na ucieczkę na zachód ( rzecz toczy się przecież za Ceaușescu), licząc na lepsze życie. Ale spotykają tam głównie rozczarowanie, także sobą nawzajem. Biorą rozwód. Dziewczynki, ich córki, trafiają do szkoły z internatem, zmagają się z poczuciem nieadekwatności do świata, w którym żyją. Nie mają w zasadzie za czym tęsknić, bo do cyrkowej przeszłości nie chciałyby wracać.

Książka jest pisana prostym językiem dziewczyny- zwierzęcia- przepraszam za to porównanie- ona ma w sobie tak wielką tolerancję na ból psychiczny, że może to szokować przy czytaniu. Momentami wydawało mi się, że jest jak zwierzę, żyjące w poczuciu zupełnego braku kontroli nad tym co ją spotyka. Reagującym złością lub bezsilnością. Ta książka jest jak ekspresyjny wiersz, jest krótka, wręcz niepozorna, ale pozostaje w czytelniku na wiele lat.
Dlaczego dzieci gotuje się w mamałydze” robi wrażenie, mną w jakiś sposób wstrząsnęła, jest mocna i prawdziwa, tak bardzo, że trudno to czasem wytrzymać. Kiedy jeszcze ma się świadomość, że autorka opisuje w niej swoje losy i że swoje modę życie zakończyła samobójstwem, treść książki wydaje się krzykiem rozpaczy. Wołaniem niekochanej dziewczynki, dzikiego dziecka rzuconego na pożarcie światu, bez znieczulenia, bez taryfy ulgowej.


niedziela, 15 kwietnia 2018

"Stara Słaboniowa i spiekładuchy" i inne szeptuchy




Sięgnęłam po książkę „Stara Słaboniowa i spiekładuchy” Joanny Łańcuckiej. Bardzo dobrze się bawiłam czytając tę książkę, to w zasadzie zbiór opowieści o tej samej bohaterce - czarownicy, szeptusze, czy wiedźmie - jak zwał tak zwał i jej perypetiach z demonami słowiańskimi.
Lubię książki o wsi, zwłaszcza pisane dowcipnie, czy poetycko. Problem z tą książka był jednak taki, że nie tak dawno czytałam kilka innych książek łudząco podobnych. Temat starej znachorki, obdarzonej władzą nad sprawami ludzi i „spiekaduchów”, jak nazywane są u Łańcuckiej duchy i demony nękające mieszańców wsi, jest ostatnio mocno ograny. Od razu skojarzyła mi się książka „Boginie z Żitkovewej”, czy „Szeptucha” Miszczuk, a także opowiadania Brzezińskiej o babci Jagódce zatytułowane „Opowieści z doliny wilżyńskiej”. Motyw słowiańskich wierzeń, gdzieś ciągle żyjących po wsiach i osadach w formie zabobonów, albo zwyczajów, jest teraz na topie.
Żywo interesuję się wierzeniami naszych przodków, toteż takie książki przyciągają mnie jak miód niedźwiedzia. Nie będę opisywać treści „Starej Słaboniowej i spiekładuchów”, ale spróbuję pokusić się o porównanie tych pozycji. W tym zestawieniu od razu trzeba powiedzieć, że wyróżnia się spośród innych książka Tućkovej, po pierwsze dlatego, że jest to relacja oparta na faktach, pisana z reporterskim zacięciem, pozostawiająca posmak tajemnicy ( a w przypadku tego tematu właśnie tajemnica wydaje się najbardziej pociągać).
Mimo, że przyjemnie czyta się wszystkie cztery książki ( „Boginie z Żitkovej”, „Szeptuchę”, „Opowieści z doliny wilżyńskiej” i „Stara Słaboniowa i spiekałduchy”) i nie mogę autorkom odmówić talentu literackiego i wyobraźni, można większość z nich potraktować jak klechdy, bajki dla dorosłych.
Myślałam dlaczego do mnie przemawia, z nich wszystkich najbardziej, książka Tućkowej. Odpowiedź mnie zdziwiła, kiedy już ją zrozumiałam. Przemawia do mnie poważne potraktowanie tematu przez autorkę, poczucie prawdy, ono udziela się czytelnikowi. Czytając trzy z pozostałych książek ani przez chwilkę nie myślałam, że to zdarzyło się naprawdę. I nie chodzi o odniesienie do realiów historycznych, wcale nie, przecież Katarzyna Berenika Miszczuk- mimo całej swojej historycznej alternatywności stara się dać do zrozumienia czytelnikowi w jakich czasach toczy akcja. Prawda jest bezdyskusyjna, wynika z przeżycia. Trudno mi to rozwinąć…
Rzecz w tym, że wierzę w szeptuchy i różne magiczne, irracjonalne zjawiska i traktuję je poważnie. Tućkowa też traktuje poważnie boginie. Nie parodiuje ich, nie fabularyzuje nadmiernie, nie pisze komedii. Tworzy coś co można by nazwać realizmem alternatywnym ( To pojęcie kiedyś usłyszałam z ust czytelniczki mojej książki, na określenie tego co piszę). Właśnie dlatego czytając jej opowieść o boginiach żyjących w zakątku Czech, wiedziałam, że nawet, jeśli to nie jest mój świat, to on istnieje naprawdę. Zupełnie tego nie czułam w pozostałych porównywanych pozycjach. Nie chodzi o to, że nie lubię baśni - wprost przeciwnie - ale szeptuchy, ich praktyki, wiejskie zaklęcia i gusła – szanuję, jako unikatowy już relikt minionego świata i zanikającego już dziedzictwa duchowego. A w książkach Brzezińskiej, Miszczuk i Łańcuckiej był to tylko ciekawy, modny temat, mało jeszcze znany.

Polecam wszystkie cztery książki, ale najbardziej „Boginie z Żitkowej” K. Tućkowej/
Wspomniałam o:
A. Brzezińska - „Opowieści z doliny wilżyńskiej”
K.B. Miszczuk- „Szeptucha” ( i cały cykl „Kwiat paproci”)
J. Łańcucka - „Stara Słaboniowa i zpiekładuchy”

piątek, 13 kwietnia 2018

„Świństwo ( truizmy)” Marie Darrieussecq




Ta książka to był eksperyment, zaciekawiona recenzją postanowiłam po nią sięgnąć. Lubię dziwne książki, sama takie piszę. Zacznę od tego, że nie da się jej brać na serio, cała ta książka to jakiś rodzaj żartu, krzywego uśmiechu w stronę pewnego rodzaju ludzi, albo sposobu życia. Niezbyt udanego żartu. Nie nazwałabym tego też surrealizmem, ani fantastyką, w zasadzie nie znam szufladki, do której by pasowała. Nie dlatego, że jest taka niezwykła, może nawet wprost przeciwnie. Treścią są wynurzenia kobiety, którą dotyka zezwierzęcenie- dosłownie i w przenośni. Początkowo czytając byłam porażona jej głupotą, raz po raz zadawałam sobie pytanie – czy naprawdę są tak głupie kobiety? ( Ja takich nie znam!) Ale, ponieważ autorka jest też kobietą założyłam, że może po prostu mam w życiu szczęście i nigdy nie spotkałam takiej bezbrzeżnej pustoty w żadnej osobie, a ona wie co pisze, bo to temat zna.
Bohaterka bardzo chciałaby być kimś lepszym niż jest, udowadnia to sobie na wiele sposobów, czasami szokujących, a czasem tak żałosnych, że ręce opadają. Nie widzę w niej ofiary męskiej części społeczeństwa, bo żeby być ofiarą, trzeba mieć zdolność do jakiejkolwiek refleksji, a tego nie można jej, Broń Boże, zarzucić. Miałam przykre uczucie ubłocenia, jakiegoś coraz większego splugawienia – jak bohaterka – im bliżej końca książki, tym bardziej czułam niesmak do siebie, że w ogóle tracę czas na czytanie tego.

Marie Darrieussecq pisze sprawnie, obrazowo, zabawnie, ale należę do tych czytelników, którzy szukają pięknych opowieści, a tego zupełnie nie znalazłam w „Świństwach”, smętna - ubarwiona seksualnymi historyjkami opowiastka, momentami powalająca głupotą i jeszcze większa głupotą ( motyw miłości wilkołaka i świni sprawił, że westchnęłam ze zgrozy). Książka zupełnie bez wdzięku, mimo że parę razy zawiało mi Vonnegutem, to nie znalazłam w niej głębi, ani urody psychicznej bohaterów ( w „Świństwach” bohaterowie są płascy jak stolnica) jak u autora „Kociej kołyski”. Mężczyźni są w niej zwierzętami, którymi rządzi ich „korzeń”, a kobiety to idiotki ozdobne interaktywne dodatki do penisów. Może to idealizm, ale spotykam w życiu innych ludzi i w inne człowieczeństwo wierzę.
Odradzam lekturę tej książki- szkoda czasu. 2/10


czwartek, 12 kwietnia 2018

Ota Pavel " Jak tata przemierzał Afrykę"





Kolejny zbór opowiadań Oty Pavla trafił w moje ręce. Jego lektura z jednej strony podobna do pozostałych książek autora, ze względu na sposób widzenia świata i wrażliwość, a z drugiej strony przepełniona smutkiem i nostalgią, mgłą przemijania. To ostatnia książka Pavla napisana już po wyjściu ze szpitala psychiatrycznego, niedługo przez jego gwałtowną śmiercią. Ten zbiór opowiadań ma smak schyłku. Autor pisze o przyrodzie, rybach, górach ( górom poświęca kilka opowiadań), pisze o strumieniach i rzekach, pisze o sobie, ale wyczułam w tym pewną rezygnację, gorycz odejścia, świadomość degradacji natury, poczucie odchodzenia świata w którym się wychowywał.
Ujęło mnie jak poetycko Pavel pisze : „Bądź pozdrowiona rzeko! Klękam na brzegu w pobliżu pola kaczeńców i chcę przycisnąć swoje suche wargi do twego chłodnego ciała. Chcę cię pocałować.” A kiedy indziej: „ Zagrzebuję się w siano, bawię się jego łodyżkami i listkami jak ustami kochanki. Całuję je, śmieję się i zapadam coraz głębiej jak w kobiece łono.” On doświadcza natury, całym sobą, pełnią zmysłów i to co pisze jest żywe, namiętne, choć tematem jest natura, góry, pola, potoki. Nawet kiedy pisze o rybach nie brakuje mu uwagi i czułości. Sam tą swoją czułostkowość przypisuje ogromnemu poczuciu wolności jakiego doświadcza odkąd jest poza szpitalem i może znowu wyruszyć w swoją podróż w białej czapce z plecakiem ze skóry jelenia odziedziczonym po dziadku. Jest w prozie Pavla żywy kontakt z dziedzictwem przodków, z ziemią, ojczyzną. Jeśli w ogóle wierzę w jakiś patriotyzm, to tylko w taki- miłość do ziemi, lasów, do miejsc dzieciństwa, oddanie temu co nas ukształtowało, zrodziło.
Ktoś mógłby skonstatować, że to trąci banałem i wydumanym patosem, ale u Pavle nie ma patosu, jest dziecięcy zachwyt, ale i dorosła czasem cierpka refleksja. Jest prostota i piękno. On wędruje wzdłuż rzek i strumieni tak jakby wędrował do swoich własnych źródeł. A my czytając z nim. „Jak tata przemierzał Afrykę” to lektura lekka, ale refleksyjna, kojąca, nie jest tak mocna jak „Śmierć pięknych saren” ale miłośnicy Oty Pavla będą zadowoleni. Ja gorąco polecam!